TU I TERAZ: PAŹDZIERNIK 2018

Pomysł na te lekkie, lifestylowe wpisy zaczerpnęłam od Kasi z Worqshop zmieniając jedynie kolejność haseł. Dzięki tu i teraz mogę Wam choć trochę przybliżyć swoją codzienność oraz to, co jest dla mnie źródłem radości i inspiracji poza Skandynawią. Być może te wpisy zagoszczą tutaj na dłużej tworząc przestrzeń do dzielenia się tym co dobre i ważne? Nie ukrywam, jestem bardzo ciekawa efektu!
Tymczasem, zaczynajmy. 🙂

Czuję się zmęczona. Moja produktywność do pary z kreatywnością przypada ostatnimi czasy na godzinę 23. Oczywiście korzystam z jej dobrodziejstw, ale poranki bywają naprawdę ciężkie. Czasem kładę się do łóżka wcześniej, mocno zaciskam powieki, ale w mojej głowie i tak górę bierze istny kocioł, w którym intensywnie mieszają się pomysły, najlepsze odpowiedzi na pytania zadane wcześniej przez mojego syna oraz listy zadań do zrobienia. Chyba zacznę trzymać mój bullet journal pod poduszką. 😉
Także chętnie przyjmę rady, jak się skutecznie wyciszyć i zmęczyć przed snem.

Jestem wdzięczna za mojego Brata, bo choć jest daleko i tęsknię za nim jak za nikim innym, to jeden jego telefon potrafi wyciągnąć mnie z dołka, jednocześnie przywracając uśmiech i chęć do działania. To mój ulubiony człowiek, najlepszy przyjaciel i ostoja w tym szalonym świecie.

Cieszę się z jesieni! Mojej ukochanej pory roku. I nie ma znaczenia, czy przychodzi pełna ciepła, kolorowych liści i spektakularnych żółto-pomarańczowych zachodów słońca, czy też zasnuwa niebo ciężkimi, szarymi chmurami z których nieustannie siąpi deszcz i na każdym kroku drażni zapachem zgnilizny. Dla mnie to wyjątkowy czas – jesienią budzę się do życia, spełniam marzenia, dbam o moją melancholijną stronę, spaceruję z Lusią zwalniając tempo do niezbędnego minimum by dostrzegać jeże truchtające przez pustą jezdnię i Wielki Wóz na niebie.
Chociaż… Na zimę też już czekam.

Chciałabym spędzić za miastem kilka spokojnych dni. Nic nie musieć, nie spieszyć się, czytać i po prostu cieszyć chwilą. Mieć czas i sposobność, by dostrzegać małe rzeczy, które umykają w codziennym biegu. Przystanąć gdzieś w lesie i wsłuchać się w każdy dźwięk. Albo znaleźć piaskową drogę do wsi i się nią po prosu przejść? Zupełnie tak jak kiedyś, gdy mijałam tylko kolejne maleńkie miejscowości z uroczymi chatkami, a moja mama i babcia odchodziły od zmysłów, bo podczas tego spaceru kompletnie straciłam poczucie czasu.
Uwielbiam ustronne miejsca, z dala od ogromu miejskich bodźców i hałasu.

Czekam na powrót Brata, który zagości u nas gdzieś w okolicach Mikołajek! Co prawda do buta się nie zmieści, ale to i tak najlepszy przedświąteczny prezent. 😉
No i czekam już na… Święta, kolędy, pierogi z grzybami i leniwe wieczory pod grubym kocem z lampką dobrego, słodkiego wina.

Uczę się dbać o swoje emocje. Tak, zdecydowanie chcę się w końcu cieszyć życiem, dobrym zdrowiem oraz spokojem i to na własnych zasadach. Ostatnie lata nie były najlepsze (prawdę mówiąc były jednymi z najgorszych). Musiałam poszukać pomocy i powoli wyjść na prostą. Teraz stawiam na siebie i dobrze mi z tym. Może dlatego, że dzieje się to już bez poczucia winy.

Pracuję nad blogiem, bo minęło sporo czasu od jego startu, a zakładki wciąż świecą pustkami. Chorobliwy perfekcjonizm, a po części także brak czasu (żeby dopiąć wszystko na ostatni guzik) strasznie mnie zablokował. Pisałam coś po czym kasowałam, bo nie było dostatecznie dobre. Zaczęłam czuć się winna, chciałam wprowadzać zmiany w wyglądzie i dodatkach, zamiast skupić się na tym co ważne czyli recenzjach i wdrażaniu pomysłów, które naprawdę były dobre.
Postanowiłam więc odpuścić i zacząć czytać, tak jak kiedyś – z radością i ciekawością. To w międzyczasie pozwoliło mi stworzyć całkiem fajne narzędzie do monitorowania postępów i robienia notatek czyli → book journal, o którym więcej napiszę już niedługo.

W efekcie dopiero teraz zaczynam pisać, nadrabiać recenzje (będzie mnóstwo ciekawych książek!), robić zdjęcia bez presji i po prostu cieszyć się blogowaniem.
Czasami trzeba odpuścić i wystartować w lepszym momencie.
Jest jesień – dla mnie to nowy początek. Także jeśli chodzi o bloga.

Słucham nowej płyty Dawida Podsiadło – Małomiasteczkowy. Bez przerwy, wszędzie gdzie się da i powinna mi się już znudzić, ale…

Dawid ma dar do tworzenia tekstów dalekich od wszechobecnych banałów, przyjemną barwę głosu i ujmującą autentyczność, dzięki której swoją muzyką pewnie i mocno chwyta za serce. Do tego jest inteligentnym, zdystansowanym młodym człowiekiem dającym się tak po prostu lubić KLIK.
A gdyby miał wybrać inne miejsce do życia to… byłaby to Islandia! Aż się uśmiechnęłam na tę odpowiedź, ale wywiadu Wam nie podlinkuję, bo dziennikarsko był niestety bardzo słaby.

Czytam o Północy, obierając kurs na Islandię.

I mam wrażenie, że jest mi do niej jakoś tak blisko, choć… nigdy tam nie byłam.
Podróżuję więc tak jak lubię najbardziej – za pomocą słów, pozwalając wyobraźni nieść się na styk dwóch płyt tektonicznych, doświadczać cudów natury, kapryśnej pogody oraz obecności elfów i odrobiny magii zaklętych w torfowych domkach.

Rzadko coś oglądam, ale zdarzają się momenty, gdy mam ochotę na dobry vlog, ulubiony serial czy poruszający film. W październiku odkryłam przepiękną historię, która kryje się za Mężczyzną imieniem Ove.

To taka współczesna Opowieść Wigilijna – Ove do którego nie pała się ani sympatią ani zrozumieniem, z każdą kolejną minutą staje się coraz bardziej ludzki, wzbudza współczucie i uświadamia że powierzchowność to tylko gruba warstwa ochronna dla schowanej gdzieś na dnie serca wrażliwości i… dobra. Idealny film na jesień, który pozwala spojrzeć w głąb siebie i zalewa całą gamą uczuć.
Skandynawskie kino chyba nigdy nie przestanie mnie zachwycać! Płakałam jeszcze długo po napisach końcowych…
Także polecam Waszej uwadze jeśli jeszcze go nie widzieliście.